środa, 18 lipca 2007

plaża, dzika plaża

Czas zamarł, ugotowany południowym słońcem. Moje szare komórki też, nawet nie chce mi się czyścić obiektywu z niekoniecznie chcianych odcisków palca.

W spalonej słońcem Łodzi, każde oczko wodne widzi stadko amatorów. Każda fontanna w mieście chłodzi niejedno rozgorączkowane ciało.

Manufaktura. Fontanny nie tylko dla oka. Rynek nie tylko dla piechura. Raj dla oczu. Spójrz tutaj.
Miejsce wyrwane z biednej polskiej rzeczywistości, która niemo gapi sie z drugiej strony ulicy. Nie ma Izraela Poznańskiego, który troszczył się o swoich pracowników.

Nastał dziki kapitalizm, jak dzika plaża. Sprytnie zresztą zorganizowany, przez tych, co rośli w socjalistycznym gnoju.


wtorek, 10 lipca 2007

nie lubię poniedziałków

Ten poniedziałek zaczął się o trzeciej nad ranem.
Obudziłam się ze świadomością portfela, który bezpiecznie spoczywał w kieszeni mojej kurtki.
Problem w tym, ze kurtka jakoś nie chciała wisieć w domu. Przeczesanie samochodu powiększyło panicznie moje pole widzenia, a i włos na głowie zaciekawił się stercząc bezczelnie.
Sms niczym GPS zlokalizował zgubę. Już o 6:30 kurtka znowu była moja.
Ciało odpadło z powrotem pod kołderkę. A portfel na półkę.

Kolejna atrakcja czekała mnie w Parku Rozrywkowym.
Jadę sobie telepiąc sakwami. Park prawie pusty z powodu wakacji i barowej pogody.
Mijam podśpiewującego rowerzystę. Gnam sobie znajomą ścieżką, a za plecami słyszę, że ktoś pędzi za mną na rowerze. Specjalnie mnie to nie zdziwiło, bo rywalizacja między rowerzystami jest hitem nie tylko tego sezonu. Człowiek dogonił mnie, wyrównał prędkość i wręczył mi czerwoną różę, po czym zadowolony szybko odjechał. Zaskoczenie rozpoznało mijanego wcześniej śpiewaka.
Mój pragmatyzm zapakował różę do sakwy i skierował mnie na główna ulicę.
Kątem oka widziałam, ze amant zatrzymuje się na skraju parku i wykonuje głęboki ukłon w moją stronę. Machnęłam niezdarnie na pożegnanie. A tempo mojej podróży zwiększyło sie dwukrotnie.

Jeszcze spotkanie z kominiarzem, od którego tradycyjnie "guzik" dostałam i delektując się ciepłym letnim dżdżem przepedałowałam poniedziałek. Niespodziankowy.

Pierwszy dzień tygodnia nielubiany przez wielu, u mnie wypada radośnie. Jest początkiem rozpędzających się myśli. Świeżość nowego tygodnia w tym dniu barwi zapał. Mit nielubianych poniedziałków odczarowany.

piątek, 22 czerwca 2007

równowaga

Spacerując po necie trafiłam na ciekawe forum. Cichy zakątek dla zmęczonego oka.
Wczytałam się w ludzkie słowa, pozostawione dla przechodnia. Atmosfera czytanych postów dawała spokój. Niewymuszona grzeczność i ciepło płynęło z każdego tematu.

Aż tu nagle pewnego dnia zjawiskowo objawił sie dogmat. Lepką słodkością wlewał miód życiowych mądrości. Wystarczyło szturchnąć słowem, a stracił równowagę i ruszył potopem. Woda była wszędzie.

Przykład naczynia, które rozlewa obryzgując niepotrzebnie wszystko wokół siebie. Lejąc na oślep w pełne nektaru kielichy. Do kieliszka wina - wiadro wody. Utrata smaku byłaby największą klęska tego miejsca.



"Daremne żale próżny trud, bezsilne złorzeczenia" - za Asnykiem: Veilaine

sobota, 16 czerwca 2007

spokój

W tętniącym życiem osiedlu trzeba mi było spokojnej piosenki o mieście. Poszukiwania trwały krótko. "Miasto budzi się" zaśpiewane przez Pawła Kukiza to było to.

Teksty Kukiza miały dla mnie zbyt jaskrawe światło, wiec wolałam zamknąć oczy. Z biegiem czasu jego teksty dojrzały i są teraz jak wyborne wino.

Upływające lata złagodziły mój radykalizm sceptyka. Sam Kukiz się zmienił. Walka z alkoholizmem pozostawiła na nim ślady stoczonych z nałogiem bitew.

Ciepła piosenka na każdy poranek:

sobota, 9 czerwca 2007

przystanek

Przemierzając znajomy szlak, zaskoczyła mnie rosa, która trwała jeszcze na skrzypie.
W blasku słońca, które nieznośnie przypalało skórę, te krople dawały chłód.
Cisza bezludnego sobotniego poranka pozwoliła na sesje.

 
Posted by Picasa


Na refleksje.

Dawno temu, deptałam po tych kroplach i miałam dyskomfort mokrych nóg i odzieży.
Teraz, kiedy miasto mnie wchłonęło, te krople są jak woda święcona dla katolika.

To jest ukłon i moje westchnienie: w czas mojego dzieciństwa, kiedy świat czarów był mi bliski.
Świat ten spłonął ogniem piekielnym, religią. Czasem apokalipsy.
Biczowanie przyszłością, śmierdziało dymem. Zgnilizna dnia.
Czarny dym zasłaniał światło, błękit.

Teraz, kiedy w końcu nikt nie przeszkadza mi myśleć, wracam w kraj dziecięcych marzeń i snów.